Dzieciaki w okularach – „Dennou Coil”

7165851.3Zaginione perełki

Właściwie w każdym sezonie zdarza się, że powstanie ponadprzeciętne anime, które jednak nie wzbudza takiego entuzjazmu wśród widzów jak kolejna przygodówka, shounen-tasiemiec czy nowa odsłona popularnej serii. Takie ambitniejsze pozycje zazwyczaj giną w natłoku innych sezonowych objawień, lepiej dostosowanych do gustów szerszej publiczności. Nawet jeśli zbierają pozytywne recenzje, specjalnie się już o nich potem nie pamięta, a tylko nieliczni amatorzy wyróżniających się serii od czasu do czasu po nie sięga. Tym samym, blask takiej zagubionej perełki oglądają tylko ci, którzy jakimś cudem się o niej dowiedzą. Niniejszym więc zaznaczam istnienie takiej właśnie perełki wśród anime z roku 2007, a jest nią „Dennou Coil”.

Cybernetyczny Plac Zabaw

Akcja anime ma miejsce w przyszłości, w mieście Daikoku, do którego wraz z rodzicami i młodszą siostrą Kyouko przeprowadza się Okonogi Yuuko. Daikoku jest swoistym centrum technologicznym, w którym swego czasu dynamicznie rozwijała się rozszerzona rzeczywistość, umożliwiająca posiadaczom specjalnych okularów coil_cover1łączenie ze sobą dwóch światów – realnego i wirtualnego. Nowoczesna sieć stała się szczególnie popularna wśród dzieci, które przy jej pomocy nie tylko bawiły się ze swoimi dennou pet, czyli cyfrowymi zwierzakami, ale także rozwijały umiejętności hakerskie. Także Yuuko posiada swoje okulary i zwierzątko, pieska Densuke, prezenty od dziadka, który mieszkał w Daikoku, w domu obecnie przekształconym w sklep przez babcię dziewczyny, zwaną Megabaa. To właśnie w tym domu ma zamieszkać reszta rodziny Okonogi. Jak się okaże, dla samej Yuuko nie będzie to nostalgiczny powrót do miejsca pełnego wspomnień z dzieciństwa, a raczej okazja do zmierzenia się z mrocznymi tajemnicami miasta. W dziwnej, a czasami wręcz przerażającej cyberprzestrzeni Daikoku, rządzonej przez systemy antywirusowe – groteskowych Satchii, dziewczyna będzie zmuszona do rozwikłania zagadek ginących zwierząt,  Nielegalnych, niepokojących wypadków, którym ulegają dzieci w cybernetycznych okularach, hakerki z prawdziwego zdarzenia, Amasawy Yuuko, a także tych związanych z wydarzeniami z jej własnej przeszłości.

Spacerkiem, a potem na łeb, na szyję

Początkowe odcinki „Dennou Coil” jednak wcale nie sprawiają wrażenia, jakoby coś takiego miało się dziać w przyszłości. W rzeczywistości dają one raczej mylne wyobrażenie o całości. Utrzymane są w lekkim tonie, sugerującym, że anime może okazać się raczej przyjemną przygodówką, choć z pewnością niekonwencjonalną z racji na niesamowicie złożony świat przedstawiony. Jedynie nieliczne incydenty, zawiązki przyszłych wydarzeń i delikatnie zasugerowane istnienie pewnych tajemnic związanych z Daikoku i obiema Yuuko, pozwalają sadzić, że widza czeka jednak coś więcej niż dwadzieścia sześć odcinków wypełnionych spektakularnymi pojedynkami hakerów i drobnymi utarczkami z Satchii. Te sugestie wystarczają, by zaintrygować i zatrzymać przed ekranem oglądającego. Tym bardziej, że początek anime wcale nie jest wypełniony fillerami, ale, choć powoli, akcja się w nim rozwija. Prawdziwy przestój następuje mniej więcej po dziesiątym odcinku, gdy faktycznie kolejne odcinki tracą związek z głównym nurtem fabuły. Mogą one zniechęcić niektórych do oglądania, z drugiej strony jednak są lekkie i dosyć przyjemne, a poza tym takich fillerów nie ma dużo. Na tych zaś, którzy wytrwają, czeka niespodzianka, a czy miła, czy niemiła, niech każdy zdecyduje sam.

Dennou.Coil.600.1082387

Mniej więcej w połowie serii następuje ogromny przeskok, nie tylko w tempie akcji. Także nastrój anime zmienia się diametralnie. Atmosfera staje się coraz gęstsza, a napięcie rośnie. Niektóre tajemnice się rozwiązują, inne zmierzają ku rozwiązaniu, ale z każdą kolejną „wiadomą” pojawiają się kolejne niewiadome. Ta część „Dennou Coil” robi naprawdę duże wrażenie. Pozbawiona jest niepotrzebnych dłużyzn, konsekwentnie dąży do rozwiązania głównych wątków, pozwalając widzowi stopniowo na poznawanie nowych elementów układanki. Twórcy unikają przy tym chaosu i choć fabuła faktycznie jest bardzo skomplikowana, a niektóre jej składowe może być trudno zrozumieć niezaznajomionym z fachowymi pojęciami związanymi z rozszerzoną rzeczywistością, to jednak po seansie ostatniego odcinka widz ma jako tako jasny obraz sytuacji. Dodatkową zaletą tych odcinków jest klimat, tajemniczy, miejscami wręcz mroczny, wywołujący niekiedy poczucie zagrożenia. To, co dzieje się na ekranie faktycznie trzyma w napięciu, także właśnie dzięki tej niesamowitej atmosferze cyberprzestrzeni Daikoku, na którą poza samą historią silnie wpływa także oprawa graficzno-muzyczna.

   Chłopski rozum zdegradowany

Mimo że od strony fabularnej „Dennou Coil” jest z pewnością wybitnym, także dzięki temu, że twórcy znaleźli złoty  środek pomiędzy skomplikowaną historią a chaotycznym zlepkiem wydarzeń ze sobą niepowiązanych, to jednak chwilami trudno było mi zrozumieć wszystko to, o czym mówiły postacie, a to za sprawą fachowym terminów, jakimi się posługiwały. Jestem w stanie uwierzyć, że dzieci w tak dużym stopniu zainteresowane rozszerzoną rzeczywistością mogły znać takie terminy i wcale nie o tym chcę pisać. Problem leży w tym, że widz już niekoniecznie musi dysponować taką wiedzą i może mu to faktycznie przeszkadzać w oglądaniu. Z jednej strony, godnym podziwu jest, jak bardzo dopracowany został świat przedstawiony w „Dennou Coil”, z drugiej strony jednak zawęża to krąg potencjalnych odbiorców, gdyż rezygnują ci, którzy nie lubią oglądać czegoś, co nie do końca rozumieją. W zasadzie nie musi być to wada, wszystko zależy od widza. Ja czerpałam sporą przyjemność z oglądania, mimo tego, że czasami miałam problem z dotarciem do sedna sprawy właśnie z powodu niektórych określeń. Ogólny jednak ogląd na całą historię można sobie wykształcić bez rozumienia wszystkich technicznych zawiłości.Ureshii_Dennou_Coil_-_10_1280x720-H264-AAC_27ADE548.mkv_snapshot_13.15_2011.08.28_22.36.44

Od szczegółu do ogółu

Skoro wspominałam już o świecie przedstawionym, wypadałoby nieco rozwinąć ten wątek. Nie nazbyt jednak, by nie zdradzić zbyt wiele. Jest on z pewnością jednym z największych atutów „Dennou Coil”, nawet jeżeli nie każdy widz jest w stanie zrozumieć zasady, na jakich działa cyberprzestrzeń. Z pewnością jest on jednak warty uwagi, także dla amatorów science-fiction, do której to grupy, by być szczerym, zaliczam siebie.

Sam pomysł rozszerzonej rzeczywistości, sieci, z której korzystanie umożliwiają specjalne okulary, nie jest może zbyt nowatorski. O podobnym fenomenie pisał chociażby Rafał Kosik w swojej serii dla młodzieży „Felix, Net i Nika”, tylko że wtedy zamiast okularów używano komplantów. Im bardziej jednak zagłębiamy się w szczegóły cyberprzestrzeni w „Dennou Coil”, tym lepiej dostrzegamy, jak złożony i zarazem niesamowity jest ten świat. W tym przypadku nie można poprzestać na pisaniu o cyfrowych zwierzątkach, bezprzewodowej telefonii czy nawet o hakerskich zapędach uczniów podstawówki. „Dennou Coil” nie ogranicza koncepcji cyberprzestrzni do marzeń o połączeniu wirtualnego z rzeczywistym, życiu w świecie, w którym tworzenie nie stwarza żadnego problemu dla człowieka. Widz ma także okazję poznać drugą stronę medalu, to, co kryje się pod powierzchnią rozszerzonej rzeczywistości. Należałoby wspomnieć tu przede wszystkim o tajemnicy nielegalnych, kirabugów, Michiko-san czy Niestabilnej Przestrzeni. A ponieważ postęp fabuły jest tu bardzo ściśle związany z odkrywaniem świata przedstawionego, widz może być pewien, że dana mu zostanie okazja do podziwiania tej misternej i niesamowitej konstrukcji.

Dzieciństwo sielskie, anielskie

Wysoko cenię sobie czas spędzony z „Dennou Coil” także ze względu na bohaterów anime. Wszystkich tych, którzy obawiają się infantylności czy spłycenia jakichś wątków ze względu na dziecięce postacie, w tym momencie wyprowadzam z błędu – to anime jest o dzieciach, ale już niekoniecznie dla dzieci. Pragnę przy tym zaznaczyć, że wielu bohaterów innych „poważniejszych” serii zachowuje się o wiele bardziej dziecinnie niż bohaterowie „Dennou Coil”. Po kolei jednak.

Jako pierwszą poznajemy Okonogi Yuuko, zwana przez przyjaciół Yasako (z którym to imieniem wiąże się ciekawa historia), protagonistkę całej serii. Yasako jest spokojną, sympatyczną i wrażliwą dziewczyną. Z pewnością sprawia wrażenie rozsądniejszej od swojej przebojowej przyjaciółki Fumie. Dba o rodzinę i jest z nią bardzo zżyta. Jak każde dziecko ma swoje problemy, te mniejsze i większe. Chociaż jest otwarta na innych ludzi i chętnie zawiera przyjaźnie, to jednak w przeszłości kryje bolesne doświadczenia z tym związane. Co najważniejsze, jest po prostu ciepłą, wiarygodną i ludzką bohaterką.

Drugą ważną dla fabuły bohaterką jest Amasawa Yuuko, którą ochrzczono Isako. Jest to postać od początku owiana tajemnicą. Daje się poznać jako bardzo zdolna hakerka, której cele nie są do końca znane. Wydaje się być o wiele dojrzalsza od swoich rówieśników. Unika bliższych kontaktów z ludźmi, na świat patrzy sceptycznie, wręcz cynicznie, a w sercu kryje bolesną ranę, której nie pozwala się zabliźnić.

Poza tą dwójką jeszcze wielu innych bohaterów ma znaczący wpływ na fabułę. To, według mnie, kolejna zaleta „Dennou Coil”. Poznajemy wiele postaci drugoplanowych jak młodsza siostra Yasako, Kyouko, jej przyjaciółka Fumie, nieustannie sprzeczająca się z przywódcą Klubu Hakerów, Daichim, a także cichy i spokojny Haraken, członek agencji detektywistycznej założonej przez Megabaa (do której należą także Fumie i Yasako) oraz jego ciotka. Oczywiście poza nimi na ekranie przewija się wielu innych ciekawych bohaterów, bynajmniej nie płaskich czy irytujących, z tego czy innego powodu związanych z tajemnicami cyberprzestrzeni Daikoku.

Torii w świecie pikseli

Jedną ze składowych świetnego klimatu „Dennou Coil” jest, poza fabułą oraz muzyką, grafika. Muszę przyznać, że, oglądając tę serię w jakości niższej niż HD, czerpałam niemal o połowę mniejsza przyjemność. W tym przypadku nie wystarczy mówić o dopracowanych tłach, świetnie dopasowanej do historii kolorystyce czy grze światła idealnie oddającej nastrój chwili. dcoil-1Także przedstawienie poszczególnych elementów cyberprzestrzeni na ekranie warte jest uwagi.  Mgła, która otacza Niestabilną Przestrzeń czy sylwetki Nielegalnych robią wrażenie i potrafią wywołać u widza przyjemny dreszczyk emocji. Poza tym ciekawe jest, jak pokazano działanie metatagów czy innych sztuczek hakerów. I wreszcie jest Satchii, którego nie mogę porównać z niczym, co widziałam w jakimkolwiek anime, a którego „Boku Satchii” nie zapomnę chyba już nigdy. Jedynym, co mogłoby przeszkadzać potencjalnemu widzowi, są dosyć nietypowe projekty postaci, chociaż dla mnie stanowiły one raczej plus. Myślę zresztą, że łatwo można się do nich przyzwyczaić.

„Każdy kogoś szuka”

Napięcie tworzy także muzyka, która świetnie wpasowuje się w klimat serii. Wiernie towarzyszy wydarzeniom, powiem więcej, uczestniczy w opowiadaniu historii w podobnym stopniu, co narracja. Kilka utworów jest nawet na tyle niesamowitych, że wywołuje w widzu o wiele większy niepokój niż nieoczekiwane zwroty fabuły. Są przy tym tak fascynujące, że można ich słuchać już po seansie. Podobnie ma się z openingiem, którego słucha się z przyjemnością. Warto także zapoznać się z samym tekstem piosenki („Prism” Ikedy Ayako), świetnie oddającym główne myśli anime.

„Jeśli podążę tą ścieżką..”

Mogłabym napisać jeszcze sporo o „Dennou Coil”, które naprawdę mocno zapadło mi w pamięć. Ograniczę się jednak tylko do gorącego polecenia tego anime każdemu, kto poszukuje nietypowej i ambitnej pozycji, a komu nie będą przeszkadzać te nieliczne wady serii. Naprawdę, nie warto zrażać się kilkoma fillerami czy lżejszym początkiem, ponieważ potem jest już tylko ciekawiej.

animu.ru-dennou-coil-(1920x1200)-wallpaper-003

Niech się ryby mają na baczności!

Jedną z większych, podstawowych różnic między wyżywieniem przeciętnego Japończyka a Europejczyka, która egzystowała już w dalekiej przeszłości, jest to, że my jemy mięso, a oni ryby. Jeśli spojrzeć na to z punktu wudzenia Europejczyka, różnica nie jest taka duża, bo przecież i my jadamy ryby i to nierzadko w dużej ilości, a jednak to mięso jest podstawą kuchni w wielu polskich domach. Gdy sięgniemy chociażby po pierwszą lepszą książkę Sienkiewicza, istnieje znaczne prawdopodobieństwo, że, czy to rycerz, czy szlachcic, w którymś momencie opowieści zasiądzie on za stołem i jeśli akurat nie będzie się z kimś awanturował lub szedł w konkury do jakowejś pięknej panny, będzie on zajadał się głównie daniami mięsnymi. Nie oszukujmy się, taki Kmicic czy pan Zagłoba nie żywili się tylko ościstymi rybkami, no chyba że w dni postne. Natomiast współcześni im Japończycy mięsa by nie tknęli, bo przecież buddysta mięsa nie je. Podstawą japońskiej kuchni były i wciąż są ryby oraz inne owoce morza – tak świeże i nieprzetworzone, jakby były żywcem wyjęte z jadłospisu Golluma. Mięso owszem od czasu do czasu pojawi się na japońskim stole, ale jest tak dopiero od XIX wieku. Najbardziej popularna jest wołowina z krów z Kobe, traktowanych przez hodowców wręcz po królewsku. Oczywiście, jest to także mięso najdroższe.

image

Nigiri sushi

Rybki to przede wszystkim składnik sushi, ale także i sashimi, w którym ryż zastępują wodorosty. Muszą one być tak świeże jak to tylko możliwe, kupione tego samego dnia, co przygotowane.

image

Sashimi

Kupuje się je w małych sklepikach rybnych, które z kolei zaopatrują się na targach rybnych (np. Tsukiji w Tokio). Jeśli klient wyrazi ochotę, nabytek zostaje na takowym targu pokrojony. Jako że ryby i owoce morza najczęściej jedzone są na surowo, klient musi być pewien ich świeżości, dlatego w niektórych restauracjach potrawy przyrządzane są na oczach klientów.

image

Tsukiji

Skoro mowa o rybach w kuchni japońskiej, nie sposób nie wspomnieć o morderczej rozdymce fugu, której trucizna jest silniejsza od cyjanku. Zdawałoby się, że w takim razie ludzie powinni omijać szerokim łukiem restauracje serwujące fugu, jednak ponieważ jedzenie tej ryby wywołuje podobnież niezapomniane wrażenia smakowe, a fakt, że smakowanie rozdymki można przypłacić życiem nie tylko nie odstrasza, ale wręcz przyciąga, ludzie nie mogą się oprzeć trującej rybie. To, co zakazane i niebezpieczne jest pożądane.

image

Fugu

Zastanawialiście się kiedyś jaki jest najbardziej stresujący zawód świata? Nawet jeśli nie na pierwszym miejscu, to jednak w czołówce z pewnością znajduje się kucharz przygotowujący potrawy z fugu. Takiemu delikwentowi kłody rzucane są pod nogi jeszcze zanim kucharzem zostanie. Najpierw należy zdać urzędowy egzamin, w którego skład wchodzi m.in. przygotowanie fugu własnoręcznie i zjedzenie jej, a następnie trzeba jeszcze terminować przez kilka lat. Jeśli zaś ów kandydat na kucharza zda, będzie miał przed sobą długie lata ciężkiej pracy, a minimalne niepowodzenie nie tylko obciąży jego sumienie, ale może również zaprowadzić go przed ławę sędziowską.

image

Fugu

Podsumowując, ryby i japońska kuchnia to w zasadzie dwa nierozłączne pojęcia. Kto wybiera się do Japonii, a ryb nie toleruje, głodować nie będzie, ale sporo straci. Dlatego wszystkim amatorom japońskiej kuchni na rękę jest żyć z rybami w zgodzie i uczyć się jedzenia na modłę Golluma (oczywiście, nie nazbyt dosłownie).

Eikoku Koi Monogatari Emma

On jest najstarszym spadkobiercą przedsiębiorstwa szlacheckiej rodziny Jounesów, a ona pokojówką bez nazwiska w domu jego byłej guwernantki, gdzie ma miejsce ich pierwsze spotkanie. Spotkanie, po którym jemu zostaje bolesne wspomnienie drzwi miażdżacych jego nos, jej zaś rękawiczki – jako pretekst do ponownej wizyty, do której nieuchronnie musi dojść, gdyż Williamowi bardziej niż drzwi wryła się w pamięć i serca Emma.
Tak zaczyna się „Wiktoriański Romans Emmy”, niezwykle wyważone i subtelne anime, które przedstawiając historię miłości głównych bohaterów: Williama i Emmy, zaprasza widza na wizytę w wiktoriańskiej Anglii.

„Eikoku Koi Monogatari Emma” jest adaptacją mangi Kaoru Mori, skądinąd bardzo utalentowanej mangaki, której prace od niedawna goszczą na naszym rynku. Właśnie tak, ta „Emma” wydawana przez Studio JG została zanimowana i to nie byle jak, ale o tym później. Na samym początku zaznaczam, że nie zapoznałam się jeszcze z mangą, a po anime sięgnęłam właśnie po to, by znaleźć odpowiedź na nieśmiertelne pytanie: „czy warto?”. Coś niecoś jednak wiem o oryginale, chociażby to, że manga liczy sobie aż 10 tomów. 3 ostatnie tomy to tzw. „Further Tales” opowiadające historie z przeszłości bohaterów. Seria animowana ma zaś 13 odcinków na każdy sezon, których są dwa. O ile się orientuję, to moment, w którym kończy się pierwsza seria anime przypada mniej więcej na trzeci tom.

Fabuła anime przynajmniej na początku opiera się głównie na spotkaniach Williama i Emmy. Uczucie rodzi się między nimi powoli i subtelnie, a o jego istnieniu świadczą drobne gesty i spojrzenia. W „Emmie” widz nie uświadczy wielu przesadnie łzawych czy sztucznie dramatycznych scen, aczkolwiek znajdzie się miejsce na nostalgię i trochę dramatu. O ile pierwsza seria anime jest doskonale wyważona i akcja toczy się tu spokojnie (co nie znaczy wcale, że historia nie wciąga), o tyle „Molders Hen” znacznie przyspiesza, dosłownie przykuwając widza do ekranu. Ważne wydarzenia następują jedno po drugim i trudno jest powstrzymać się przed włączeniem kolejnego odcinka. Wciąż jednak anime unika chaosu czy gnania na łeb, na szyję. Jedynym, do czego można się przyczepić jest zakończenie, które choć nie pozostawia po sobie ani rozczarowania, ani niedosytu, to jednak powołuje do życia cichy głosik, na który naprawdę można nie zwracać uwagi, pytający: „Czy coś takiego naprawdę byłoby możliwe?”.

Jedną z największych, zaraz po świecie przedstawionym, zalet „Emmy” są jej bohaterowie, a więc tytułowa bohaterka, której charakterystyka doskonale oddaje klimat anime: spokojna, zrównoważona, cicha. Emma bierze życie takim, jakie jest i godzi się z nim, choć akurat komu jak komu, ale jej łatwo ani nie było, ani nie jest (mimo że obserwujemy naprawdę znaczną poprawę). Swoją pracę wykonuje sumiennie i nIgdy się nie skarży, nie oczekuje wcale poprawy swego losu i wydawałoby się, że obecny stan w pełni jej odpowiada. Emma nie marzy o księciu, który podniesie jej pozycję społeczną, a jednak takowego spotyka. Dziewczyna jest bardzo przywiązana do swojej pracodawczyni, skądinąd bardzo miłej kobiety, która nie traktuje swojego statusu jako coś, co pozwala jej wywyższać się ponad stan.

William z kolei to najstarszy spadkobierca szlacheckiej rodziny. Ojciec
wiele od niego oczekuje i, co jest całkowicie naturalne, ma nadzieję, że syn dobrze się ożeni, najlepiej z arystokratką, co podniesie pozycję rodziny Jounesów. Chłopak jednak wcale nie ma na to ochoty i wewnętrznie buntuje się przeciwko zakłamaniu i pysze, panującym w wyższych sferach, brak mu jednak odwagi, by otwarcie się im sprzeciwić. Po tym jak pierwszy raz ujrzał Emmę, zaczyna częściej odwiedzać byłą guwernantkę i szukać sposobu na jak najczęstsze spotykanie się z jej pokojówką. Uczucie, które w nim kiełkuje powoli pomaga mu dojrzeć i nabrać odwagi. To właśnie William jest postacią, która ewoluuje w największym stopniu w trakcie anime.

Romans, w którym nic, a przede wszystkim nikt nie stałby na drodze zakochanym nie byłby tak interesujący, więc także i w „Emmie” mamy do czynienia zarówno z wielbicielem Emmy, jak i z wielbicielką Williama. Tym pierwszym jest indyjski książę Hakim, przyjaciel najstarszego syna głowy Jounesów, który podczas wizyty w Londynie spotyka Emmę i z miejsca się w niej zakochuje. Szczerze powiedziawszy, ten wątek wydaje mi się najbardziej naciąganym w anime, gdyż o ile uczucie Williama do Emmy można jakoś wytłumaczyć, chociażby faktem, iż w sferze Jounesa takich spokojnych i skromnych kobiet brakowało, o tyle nagła strzała Amora, która ugodziła Hakima uczyniła to chyba nieco zbyt szybo i bezpodstawnie. Poza tym jednak bezpośredni książę potrafi szybko zdobyć sympatię widza i, co tu kryć, jest moim ulubionym bohaterem. Jeszcze jedną rzeczą, do której można się przyczepić w jego przypadku, jest kompletny brak zrozumienia dla istnienia przepaści pomiędzy Williamem a Emmą, powstałej z powodu ich przynależności do różnych sfer. Kto jak kto, ale akurat Hindus powinien to zrozumieć, skoro w Indiach taki system był chyba jeszcze bardziej rygorystyczny.

Za sercową przeciwniczkę Emmy robi zaś córka arystokratycznego rodu Campbellów, Eleanora. Ta jasnowłosa piękność szybko traci głowę dla Williama, a że jego ojciec chętnie powitałby ją w swoim domu jako synową, dziewczyna ma nadzieję, że jej uczucia mają szansę zostać odwzajemnione. Nie chce jednak narzucać się Williamowi i postanawia na niego „poczekać”. Generalnie jest bardzo ciekawą i sympatyczną postacią – jedyną rzeczą, która może przeszkodzić widzowi w polubieniu jej jest fakt, że Eleanora rywalizuje z Emmą.

Także rodzina Williama stanowi bardzo interesującą grupkę; stojący na czele rodziny ojciec, który początkowo wydaje się być skupionym jedynie na podniesieniu statusu rodziny konserwatystą, z czasem jednak staje się postacią niejednoznaczną oraz rodzeństwo: Grace, Arthur, Vivian i najmłodszy Colin. Każde z nich zostało potraktowane indywidualnie i posiada swój własny charakter, problemy i przekonania, którymi kieruje się w życiu, co czyni rodzeństwo
Williama bardzo ciekawymi postaciami, mającymi często spory wpływ na brata.
Poza tymi bohaterami w anime występuje istna mnogość ciekawych postaci drugoplanowych, z których każda ma okazję zainteresować widza swoim charakterem i jest tak zarówno w pierwszej, jak i w drugiej serii.

Kolejnym plusem „Eikoku Koi Monogatari Emma” jest ukazany z najdrobniejszymi szczegółami świat przedstawiony, czyli Anglia XIX wieku. Jako że anime bazuje na mandze, pochwały głównie należą się Kaoru Mori, której wiedza o Wielkiej Brytanii tamtej epoki czyni seans ciekawszym i historię bardziej wiarygodną. Tym samym także i widzowie mają okazję dowiedzieć się więcej o wiktoriańskiej Anglii i o obyczajach, przyzwyczajeniach i codziennych rytułałach jej mieszkańców.
Epoka wiktoriańska to czas świetności kraju znajdującego się pod panowaniem królowej Wiktorii Hanowerskiej. Rewolucja przemysłowa, kolonializm i przede wszystkim pogłębiające się różnice społeczne to znaki rozpoznawcze tamtej epoki. Szlachta, będąca w hierarchii niżej niż arystokracja starała się wżenić w stare rody, tym trudniej więc jest naszym bohaterom zmusić otoczenie do zaakceptowania ich uczucia, ale przecież miłość przezwycięży każde trudności…

Zarówno wersja mangowa jak i animowana to po prostu uczta dla oka. Wystarczy jedynie spojrzeć na dzieło Kaoru Mori „od środka”, gdyż sama okładka nie jest w stanie oddać niesamowitej ekspresji i dynamiki cechującej mangi tej autorki, by przekonać się o jej wielkim talencie. Z anime jest bardzo podobnie, ponieważ i tu grafika stoi na wysokim poziomie, co, nawiasem mówiąc, nie powinno dziwić w przypadku ekranizacji dzieła tak zdolnej mangaki. Tła są bardzo szczegółowe i przede wszystkim żywe, a nie statyczne. Postaci w tle nie stoją sztywno jakna obrazach, dodatkowo nie są pozbawionymi cech szczególnych klonami. Wygląd postaci jest estetyczny i miły dla oka.

Także muzyka stoi na wysokim poziomie. Otwierający odcinki utwór, „Silhouette of Breeze” w pierwszej serii i jego celtycka wersja w drugiej bardzo ładnie wkomponowują się w klimat anime i szybko wpadają w ucho, a towarzysząca im animacja w udany sposób pokazuje różnice pomiędzy biednymi a bogatymi. Muzyka w tle kojarzy się z epoką, wiernie towarzyszy akcji i stanowi jej uzupełnienie. Są to utwory często nostalgiczne, których z powodzeniem można słuchać nawet po zakończeniu seansu. Endingi z kolei są spokojne i nastrojowe.

Komu można polecić „Emmę”? Z pewnością miłośnikom wiktoriańskich romansów, co jednak nie znaczy, że ci, którzy tego zestawienia nie znoszą nie mogą sięgnąć po to anime. „Eikoku Koi Monogatari Emma” jest na tyle wyjątkowe, że ma okazję spodobać się i im. Także ci, którzy lubią nietypowe i dojrzałe historie miłosne mogą sięgnąć po „Emmę”. Podobnie jest z tymi, którym przejadły się już szkolne romanse i chcieliby obejrzeć coś innego. Ja seans „Eikoku Koi Monogatari Emma” wspominam bardzo mile.

image

Sezonowa zmiana nazwy bloga

No, wróciłam i mam do Was wszystkich pytanie dotyczące organizacji bloga, a konkretniej nazwy 😀 Obecnie blog nazywa się „Haru no Niwa” czyli „Wiosenny Ogród”. Trzeba przyznać, że choć, gdy blog powstawał (w marcu) nazwa ta wydawała się jak najbardziej adekwatna, obecnie jednak..hm, już tak nie jest ^^; W związku z tym, myślałam o zmianie nazwy bloga zgodnie z porą roku czyli kolejno „Natsu no Niwa”, „Aki no Niwa”, „Fuyu no Niwa” i obecne „Haru no Niwa”. I teraz czas no moje pytanie do Was: czy nie byłoby to dla czytelników kłopotliwe? Adres bloga pozostałby taki sam, zmieniałaby się tylko nazwa zgodnie z kalendarzowymi porami roku. W sumie możliwe, że pomysł jest chybiony, ale chyba warto spróbować. Co o tym myślicie? 🙂

image

Przerwa

Ten dzień musiał kiedyś nadejść, tak więc ogłaszam, że zmuszona jestem rozstać się z Wami na ponad tydzień z powodu wyjazdu na wybrzeże. Wątpię, bym miała tam możliwość napisania i, co najważniejsze, przesłania czegoś na bloga.
Życzę Wam wszystkim miłych ostatnich tygodni wakacji i mam nadzieję na rychły (swój xd) powrót do domu i do pisania 😀

image

Zupełnie oderwane od kontekstu, ale i tak mi się podoba XD

Berserk w Polsce!

Wczoraj wreszcie poznaliśmy tytuł nowej serii seinen JPF-u, która miała być wyczekiwana już od dawna przez polskich fanów. Jest to „Berserk” autorstwa Kentarou Miury. Manga, wydawana od 1989 roku, liczy sobie obecnie 36 tomów i wciąż wychodzi, zanosi się więc na to, że zagości w Polsce na dość długi czas – lub wręcz przeciwnie, może okazać się niewypałem.
„Berserk” to manga dark fantasy i prawdopodobnie będzie ratingowana +18 (i choćby z tego powodu nie uważam się za docelową grupę, do której jest kierowany :p). Manga opowiada o losach wojownika Gutsa, najemnika walczącego z potworami.
Premiera pierwszego tomu „Berserka” w naszym kraju przewidywana jest na 3 października tego roku.
W zasadzie niespecjalnie zdziwił mnie wybór JPF-u, gdyż „Berserk” jest z pewnością tytułem ambitnym i na tyle popularnym, by mieć szansę na zagrzanie miejsca na naszym rynku mangowym. Chociaż nie zamierzam mangi kupować (zwyczajnie, za młoda jestem XD), to jednak jestem ciekawa jak potoczą się jej losy w Polsce.

image

Piąta karnawałowa nowość

W końcu doczekaliśmy się piątku i poznaliśmy tytuł mega hitu Waneko – jest nim nic innego jak „Koroko no Basket”! A teraz czekamy na fanfary…
Tymczasem trochę informacji technicznych, byśmy mieli czas na ochłonięcie – „Kuroko no Basket” to 28-tomowy, wciąż wychodzący shounenowiec o tematyce sportowej autorstwa Tadatoshiego Fujimaki. Premiera pierwszego tomu przewidywana jest na grudzień tego roku. Opis autorstwa Waneko (chyba każdy fabułę zna, no ale żeby nie było):

Co jest najważniejsze u koszykarza? Szybkość? Siła? Zdobywanie masy punktów w każdym meczu? Jeżeli tylko to, to Kuroko Tetsuya nie powinien być nikim ważnym w świecie koszykówki, jednak z jakiegoś powodu to on, w opinii jego kolegów z wcześniejszej drużyny, jest najlepszy z nich wszystkich. Dodajmy do tego fakt, że nie mowa tu o byle kumplach z gimnazjum a o graczach uznawanych przez wielu z przyszłość koszykówki w Japonii a otrzymamy nie lada zagadkę do rozwiązania: kim tak naprawdę jest Kuroko? I czy po przejściu do liceum uda mu się poprowadzić swoją nową drużynę na sam szczyt?

A teraz coś ode mnie – kto cieszy się już na KnB? Mnie to szczerze powiedziawszy ani ziębi, a ni grzeje, ale w sumie to dobrze, że wreszcie pojawiło się u nas coś o sporcie. Oczko do fanów i fanfary dla popularnego tytułu 😀

image

Czwarta karnawałowa nowość

No i jestem z powrotem 😀 Dziesiejszą zapowiedzią jest „Are you Alice?”. Autorem mangi, a właściwie autorami są Ninomiya Ai i Katagiri Ikumi. „Are you Alice” ma obecnie 10 tomów i wciąż wychodzi. Fabuła mangi inspirowana jest „Alicją w Krainie Czarów” (czego nietrudno się domyślić :p), a orientacyjna data premiery w Polsce to listopad tego roku.
A tak Waneko opisuje „AyA”:

W Krainie Czarów każdy ma swoją rolę do wypełnienia i zadanie do wykonania, lecz w tej wersji znanej wszystkim powieści praktycznie nic nie jest takie jakim pamiętamy. Alicja jest mężczyzną i ma za zadanie zabić Białego Królika, Szalony Kapelusznik ma mu w tym pomóc, Królowa Kier sprawuje rządy twardej ręki nad całą krainą, zaś Kot z Chershire… Cóż, Kot jest Kotem i chodzi swoimi ścieżkami. Czy jesteście gotowi na wizytę w Krainie Czarów?

To byłoby na tyle w związku z przedostatnią karnawałową nowością. Myślę, że „Are you Alice?” raczej sobie podaruję, bo chociaż manga odrobinę przypomina mi „Pandorę”, to jednak w którymś momencie kreska poszła w zupełnie innym kierunku i jakoś mnie odrzuca ta okładka :< Co do ostatniego tytułu, tego mającego być największym karnawałowym hitem, zostanie on ogłoszony jutro na wanekowym panelu na NiuConie (22:00-23:00). Podpowiedź do niego jest cokolwiek enigmatyczna: "zdrowie"

image

Trzecia karnawałowa nowość

Heh, i nici z moich pięknych planów, ale niestety wróciłam wczoraj późno z Kielc i nie miałam siły na napisanie czegokolwiek sensownego. Piszę więc dzisiaj i ogłaszam: Waneko wydaje „Orange”! Jest to dwutomowa (wciąż wychodząca) manga shoujo autorstwa Takano Ichigo. Premiera „Orange” w Polsce zapowiadana jest na listopad tego roku i, uwaga, manga wydawana będzie w trybie trzymiesięcznym, co Waneko tłumaczy małą ilością oraz powolnym powstawaniem tomików. Mnie to w sumie nie przeszkadza, bo gdybym zdecydowała się na zakup miałabym więcej czasu na wyłuskanie skądiś pieniędzy… Ale do rzeczy; opis fabuły ze strony wydawnictwa:

Jak bardzo coś tak zwyczajnego jak kartka papieru w kopercie może odmienić czyjeś życie? Pewnego dnia 16 letnia Takamiya Naho otrzymuje tajemniczy list, którego nadawcą jest 27 letnia… ona sama? Wydawać by się mogło, że jest to tylko głupi żart, lecz kiedy wydarzenia w nim opisane, zwłaszcza pojawienie się nowego ucznia w jej klasie, okazują się być prawdą… Czy istnienie takiego listu jest naprawdę możliwe? I czy uda jej się spełnić zawartą w liście prośbę?

Zapowiada się dosyć ciekawie i tak sobie myślę, że manga warta jest tych pieniążków, które zmuszona byłabym na nią wydać :3 Ktoś jeszcze ma na nią ochotę? Następny tytuł zaś ogłoszony zostanie dziś o 15:00 (czyli za 20 minut :p).

image

Pierwsza karnawałowa nowość

Uf, w sumie powinnam była napisać o pierwszej zapowiedzi już wczoraj, ale jakoś tak wyszło, że to odkładałam, odkładałam i w końcu poszłam spać. Tak więc informuję Was o pierwszej nowości wydawniczej Waneko dzisiaj, jutro za to postaram się napisać już na bieżąco i trochę dokładniej. Nie odwlekając już tej chwili: pierwszą zapowiedzią jest „Shiki no Zenjitsu”! „Shiki” to jednotomówka josei narysowana przez Hozumi. Więcej o mandze dowiedzieć można się kolejno tu. Ktoś ma zamiar kupić? Ja zastanawiałam się nad tym, ale w sumie obecnie kupuję zbyt wiele innych serii. Tymczasem zaś zmykam, bo bateria pada :p

image

Heh, podoba mi się ta okładka 😀